Siedem ciał do odwilży

Mokre ślady butów prowadzące przez ciemne wnętrze górskiego schroniska podczas śnieżycy
Przytulny salon górskiego schroniska z kamiennym kominkiem i mokrymi śladami prowadzącymi do ciemnego korytarza
Ogień w kominku dawał ciepło, lecz mokre ślady na podłodze prowadziły w stronę ciemnego korytarza.

To opowiadanie grozy zaczyna się od zwykłej śnieżycy i schroniska, które zostaje odcięte od świata. Siedmioro gości i jeden zarządca trafiają pod ten sam dach dokładnie wtedy, gdy wraca kobieta, która czterdzieści jeden lat wcześniej przeżyła podobną noc. Gdy na zaparowanej szybie pojawia się pierwszy napis, nikt nie rozumie jeszcze, że odwilż nie oznacza ratunku.

Dzienniki Czarnego Grzbietu – część 1

I. Śnieg

Śnieg zaczął padać o czternastej trzydzieści.

Marek Sobiński zanotował to w dzienniku schroniska, bo taki miał zwyczaj. Od trzynastu lat zapisywał wszystko: pogodę, godzinę przyjścia gości, temperaturę w kotłowni, stan paliwa do generatora, zapasy drewna, drobne usterki, narzekania turystów, nawet to, kiedy wiatr obluzował starą okiennicę od północnej strony. Nie był przesądny. Tak przynajmniej o sobie myślał. Lubił porządek, a dziennik dawał mu złudzenie, że każda rzecz ma swoje miejsce. Godzina. Data. Krótka notatka. Podpis.

Tego nauczył go Józef Wenta, poprzedni zarządca. Józef prowadził schronisko przez prawie trzydzieści lat. Był milczący, chudy, zgarbiony i wiecznie pachniał dymem z pieca. Kiedy Marek przejmował po nim pracę, stary Wenta wręczył mu pęk kluczy, segregator z rachunkami i kilka dzienników oprawionych w ciemne płótno.

— Pisz wszystko — powiedział wtedy. — Nawet głupoty. Zwłaszcza głupoty.

Marek uznał to za starczą pedanterię. Dopiero wiele lat później miał zrozumieć, że Józef Wenta nie uczył go prowadzenia schroniska. Uczył go składania zeznań przed miejscem, które czytało uważniej niż ludzie.

Schronisko na Czarnym Grzbiecie stało wysoko, z dala od głównego szlaku. Latem wyglądało prawie pocztówkowo: drewniane piętro, kamienny parter, czerwony dach, ławy przed wejściem, widok na dolinę. Zimą traciło tę łagodność. W śniegu wydawało się cięższe, starsze, jakby nie tyle chroniło ludzi przed górą, ile góra przez chwilę pozwalała mu stać.

Marek znał ten budynek lepiej niż własne mieszkanie w dolinie. Wiedział, która deska skrzypi po północy, gdzie wilgoć wychodzi spod tynku, kiedy generator zaczyna pracować nierówno i jak szybko wiatr potrafi zasypać wejście od północy. Tego dnia śnieg przyszedł wcześniej, niż zapowiadano.

Siedmioro gości zdążyło przed śnieżycą.

Pierwsza pojawiła się doktor Hanna Wrońska. Około czterdziestki, płaszcz z dobrego materiału, jedna walizka, twarz spokojna tylko na powierzchni. Przedstawiła się jako psychiatra z Krakowa. Nie miała rezerwacji. Zapłaciła gotówką.

— Na ile nocy? — spytał Marek.

Hanna spojrzała przez okno na ciemniejącą grań.

— Zobaczymy, co zrobi pogoda.

Potem przyszli Tomek i Agata Kruszyńscy. Małżeństwo po trzydziestce. Tomek wniósł do sieni zimne powietrze, mokry plecak i zbyt głośny śmiech. Opowiadał o trasie, o sprzęcie, o tym, że „taka zima to jeszcze nie zima”. Agata stała obok niego i milczała. Miała mokre włosy przyklejone do policzków i twarz kobiety, która nie boi się już burzy, bo od dawna mieszka w jej środku.

Patryk Dębowski wszedł z kamerą w ręce.

— Robię materiał o odcięciu od cywilizacji — oznajmił, zanim Marek zdążył poprosić o nazwisko. — Bez zasięgu, bez wygód, prawdziwe góry. Ludzie to lubią.

Miał dwadzieścia sześć lat, trzy aparaty, mały statyw i pewność siebie człowieka, który wierzy, że jeśli coś nagra, to przejmie nad tym kontrolę. Telefon sprawdzał co kilka minut.

Renata Górska przyszła przed siedemnastą. Marek znał ją z widzenia. Przyjeżdżała prawie co roku, zwykle pod koniec listopada albo na początku grudnia. Zawsze sama. Zawsze na krótko. Nigdy nie zadawała pytań, nigdy nie narzekała na zimno i nigdy nie zostawała dłużej, niż zapowiadała. W poprzednim roku jej nie było. Marek nawet to pamiętał, bo zdziwił się wtedy, że stały listopadowy pokój został pusty. Wpisał w dzienniku: „Renata Górska nie przyjechała”. Głupia notatka. Jedna z tych, które człowiek robi z przyzwyczajenia, nie wiedząc jeszcze, że kiedyś stanie się ważna.

Teraz Renata położyła dowód na blacie i przez chwilę patrzyła na listę gości.

— Dużo ludzi — powiedziała.

— Przed śnieżycą zawsze ktoś próbuje zdążyć — odparł Marek.

Renata uniosła wzrok.

— Czasem właśnie to jest najgorsze. Że zdążą wszyscy, którzy muszą.

Nie wyjaśniła, co miała na myśli.

Ostatni dotarli Jakub i Zofia Radziwiłłowie. Podali się za rodzeństwo. Byli do siebie podobni na tyle, żeby można było w to uwierzyć, jeśli człowiek bardzo nie chciał się zastanawiać. Te same ciemne włosy, podobny kształt ust, ten sam nerwowy sposób poprawiania rękawów. A jednak coś w ich zachowaniu nie pasowało. Nie rozmawiali jak rodzeństwo. Nie kłócili się jak rodzeństwo. Trzymali między sobą dystans, w którym było za dużo ostrożności. Zofia miała na szyi cienki złoty łańcuszek. Jakub spoglądał na niego tak często, że Marek zauważył to już przy meldowaniu.

O osiemnastej ścieżka do doliny zaczęła znikać. O dziewiętnastej zgasło światło.

Generator ruszył po kilku minutach. Marek zszedł do piwnicy, sprawdził paliwo, przeliczył zapasy i uznał, że sytuacja jest stabilna. Jedzenia starczy na tydzień. Drewna na dłużej. Śnieżyce na Czarnym Grzbiecie zwykle trwały dwa, najwyżej trzy dni.

Wrócił do biurka i zapisał:

„Gości: siedmioro. Razem ze mną osób w schronisku: osiem. Pogoda pogarsza się. Bez zagrożenia”.

To ostatnie zdanie wyglądało potem najgorzej.

II. Pierwsze ciało

Patryk Dębowski zginął pierwszej nocy.

Renata znalazła go rano, chociaż później nikt nie umiał powiedzieć, dlaczego w ogóle zajrzała do jego pokoju. Drzwi były uchylone. W środku panował chłód, jakby okno stało otwarte przez wiele godzin, chociaż było zamknięte. Na biurku leżał aparat. Na podłodze przewrócony statyw. Telefon Patryka spoczywał przy jego wyciągniętej dłoni, czarny, martwy i bezużyteczny.

Patryk leżał twarzą do desek. Miał na sobie tylko koszulkę i bieliznę. Wyglądał, jakby zerwał się z łóżka w panice, dobiegł do połowy pokoju i tam nagle stracił siłę. Na jego twarzy nie było bólu. Było zdziwienie. Czyste, niemal dziecięce zdziwienie, jakby do końca nie uwierzył, że coś takiego może przydarzyć się jemu.

Hanna uklękła przy ciele. Sprawdziła puls, choć nie było już czego sprawdzać.

— Nie żyje od kilku godzin — powiedziała.

— Zawał? — spytał Jakub.

Agata spojrzała na niego pustym wzrokiem.

— Miał dwadzieścia sześć lat.

Marek nie słuchał ich do końca. Patrzył na okno. Szyba była zaparowana od środka. Ktoś napisał na niej palcem:

DO ODWILŻY BĘDZIE SIEDEM CIAŁ

Nikt nie odezwał się przez dłuższą chwilę.

Potem Tomek parsknął nerwowym śmiechem.

— To jakiś żart. Chory, ale żart. Może sam to napisał. Pod filmik. Dla klimatu.

Marek podszedł do aparatu i odtworzył ostatnie nagranie. Na ekranie pojawiła się twarz Patryka, oświetlona słabą lampką. Chłopak mówił szeptem:

— Jest pierwsza dwadzieścia. Wszyscy chyba śpią, ale ktoś chodzi po korytarzu. Serio, słyszę kroki. Jeśli to obsługa, to trochę creepy, ale materiał będzie…

Urwał. Przez kilka sekund patrzył poza kadr, w stronę okna.

Potem powiedział ciszej:

— Kto tam jest?

Nagranie zakończył trzask. Kamera upadła. Obraz zgasł.

Marek zamknął pokój na klucz. Klucz włożył do kieszeni, jakby ten gest mógł cokolwiek zabezpieczyć. Przy śniadaniu nikt nie jadł. Na stole stało siedem kubków. Ósmy ktoś odsunął na parapet.

Za oknami śnieg padał gęsto, równo i cierpliwie.

Ślady mokrych butów i topniejącego śniegu na podłodze górskiego schroniska
Śnieg topniał na drewnianej podłodze, lecz nikt nie potrafił wyjaśnić, kto wszedł do środka.

III. Zamknięcie

Drugiego dnia nie było już żadnej drogi.

Drzwi wejściowe dało się uchylić tylko na szerokość dłoni. Dalej stała biała ściana śniegu. Okna na parterze zasypało do połowy. Radio szumiało. Telefon satelitarny, który Marek trzymał w biurku na sytuacje awaryjne, złapał sygnał raz, przez kilka sekund, po czym zgasł i nie dał się ponownie uruchomić.

— Ktoś musi wiedzieć, że tu jesteśmy — powiedział Tomek.

— Wiedzą — odparł Marek. — Tylko nie dojdą, dopóki nie puści pogoda.

— Czyli mamy tu siedzieć z trupem na piętrze?

Marek spojrzał na niego ostro.

— Z człowiekiem, który zmarł.

Tomek odwrócił wzrok.

W zamknięciu ludzie zaczynają mówić. Najpierw jeszcze udają, że milczenie jest rozsądne. Potem cisza robi się za ciężka i trzeba ją czymś wypełnić. Najczęściej własnym strachem.

Hanna siedziała przy kominku i patrzyła w ogień. Po południu, kiedy Marek dorzucał drewno, powiedziała nagle:

— Straciłam prawo wykonywania zawodu. Tymczasowo. Do czasu wyjaśnienia sprawy.

Nie spytał. Sama mówiła dalej. Jeden z jej pacjentów oskarżył ją o przekroczenie granic terapii. O manipulację. O zależność, którą widziała, ale której nie przerwała wtedy, kiedy powinna. Hanna opowiadała o tym suchym głosem, jakby relacjonowała cudzą sprawę, ale jej dłonie coraz mocniej zaciskały się na kubku.

— Nie wszystko, co powiedział, było prawdą — dodała. — Ale najgorsze jest to, że nie wszystko było kłamstwem.

W kuchni Marek usłyszał rozmowę Tomka i Agaty. Nie podsłuchiwał celowo. W schronisku dźwięki niosły się dziwnie. Deski oddawały szepty, rury przenosiły urwane zdania, a drzwi nigdy nie domykały się tak, jak powinny.

— Powiedz im — mówiła Agata. — Chociaż raz powiedz coś, co nie jest udawaniem.

— Nie teraz.

— Nie teraz? To kiedy? Jak nas stąd wyniosą?

Potem padło słowo „kredyt”. Potem „firma”. Potem „wszystko przepadło”. Marek wycofał się z korytarza, zanim usłyszał więcej.

Jakub i Zofia milczeli najdłużej. Trzymali się osobno, choć zajmowali sąsiednie pokoje. Wieczorem Marek zobaczył ich przy schodach. Zofia mówiła cicho, ale wyraźnie:

— Nie przywiozłeś mnie tu, żeby rozmawiać.

Jakub odpowiedział:

— Sama chciałaś jechać.

— Nie. Ty chciałeś miejsca bez świadków.

Kiedy zauważyli Marka, zamilkli natychmiast.

Renata nie mówiła prawie nic. Siedziała przy oknie i patrzyła na śnieg. Nie wyglądała na zdziwioną. Ani na przerażoną. To właśnie zaczynało przeszkadzać Markowi najbardziej.

O trzeciej nad ranem obudziły go kroki. Powolne. Ciężkie. Mokre.

Wyszedł na korytarz z latarką. Wszystkie drzwi były zamknięte. Nikt nie chodził. A jednak na deskach, które wieczorem sam wytarł do sucha, widniały ślady butów. Prowadziły od drzwi wejściowych do schodów. I dalej, na piętro.

Marek stał w ciemności i czuł, że coś w nim bardzo powoli odrywa się od rozsądku. Drzwi wejściowe były zasypane śniegiem do połowy. Od zewnątrz nikt nie mógł wejść.

IV. Schody

Trzeciego dnia zginął Tomek Kruszyński.

Spadł ze schodów.

Tak to wyglądało na pierwszy rzut oka.

Schody prowadzące na piętro były stare, strome i niewygodne. Marek od lat powtarzał, że trzeba będzie je poprawić, założyć poręcz z drugiej strony, wymienić kilka desek. Zawsze było coś pilniejszego. Dach, piec, transport drewna, kontrola sanepidu, naprawa generatora.

Tomek wszedł na górę z kubkiem herbaty. Kilka sekund później rozległ się huk. Marek dobiegł pierwszy. Tomek leżał u dołu schodów, z głową odchyloną pod złym kątem. Herbata rozlała się po deskach i jego swetrze. Kubek pękł na trzy części.

Agata siedziała w jadalni, kiedy to się stało. Kroiła chleb. Po huku nie krzyknęła. Odłożyła nóż równo przy desce, jakby kończyła jakąś czynność, której nie wolno przerwać niedbale. Dopiero potem wstała.

Hanna zbadała ciało.

— Skręcenie karku — powiedziała. — Śmierć natychmiastowa.

— Wypadek — powiedział Marek, zanim ktokolwiek inny zdążył to zakwestionować.

Jakub patrzył na czwarty stopień od góry.

— Może.

— Co to znaczy: może?

Jakub wskazał palcem. Na stopniu była mokra plama. Niewielka, ciemniejsza od reszty drewna. Wyglądała jak ślad po bucie. Jakby ktoś stał tam przez chwilę i czekał.

— To mogła być herbata — powiedział Marek.

— Herbata rozlała się na dole.

Nikt nie odpowiedział.

W jadalni zaparowało okno, chociaż ogień w kominku prawie wygasł i w środku było zimno. Para zebrała się na szybie powoli, bezszelestnie. Tym razem nie pojawił się napis.

Nie musiał.

Wszyscy umieli policzyć.

Dwa ciała.

Pięcioro gości zostało przy stole. Renata patrzyła na schody długo, jakby widziała na nich nie Tomka, lecz kogoś sprzed wielu lat.

V. Rachunek

Tej nocy Renata przyszła do Marka.

Nie zapukała. Weszła do kuchni i usiadła naprzeciwko niego. Marek siedział nad dziennikiem, próbując ułożyć wszystko w rozsądne zdania.

„Patryk Dębowski — prawdopodobna nagła śmierć sercowa”.

Skreślił.

„Tomek Kruszyński — nieszczęśliwy upadek ze schodów”.

Skreślił.

Papier wyglądał jak coś, czego nie da się już naprawić.

— To schronisko nie zawsze było schroniskiem — powiedziała Renata.

Marek odłożył długopis.

— Jeżeli to ma być legenda, to naprawdę nie teraz.

— Właśnie teraz.

Za oknem wiatr uderzył w ścianę. W piwnicy generator zakaszlał i przez chwilę światło przygasło. Renata mówiła spokojnie.

Czterdzieści jeden lat wcześniej stał tu inny budynek. Mniejszy. Drewniany. Bez nazwy. Nie było jeszcze oficjalnego schroniska, tylko stary dom na polanie, w którym czasem nocowali ludzie idący przez grzbiet. Zimą przyszła śnieżyca. W domu utknęło osiem osób.

— Siedmioro przyjezdnych i człowiek, który pilnował domu — powiedziała.

Marek spojrzał na nią uważniej.

— Jak teraz?

— Prawie.

Po odwilży znaleziono siedem ciał. Ósma osoba przeżyła.

Renata zamilkła. Marek zrozumiał, zanim powiedziała dalej.

— Pani.

Skinęła głową.

— Miałam dziewiętnaście lat. Nie byłam odważna. Nie byłam wybrana. Nie byłam czystsza od innych. Po prostu uciekłam, zanim dom zdążył mnie zatrzymać.

— Dom?

— Tak go wtedy nazywaliśmy. Dom pod Grzbietem. Nie schronisko. Schronisko zbudowano później. Część starego budynku rozebrano, część przykryto nowymi ścianami. Ludzie lubią myśleć, że jak położą świeże deski, to przykryją też to, co było pod nimi.

Marek poczuł, jak ściska mu się gardło.

— Józef Wenta coś wiedział?

Renata spojrzała na dziennik.

— Nie wszystko. Wystarczająco dużo, żeby się bać. Za mało, żeby panu powiedzieć prawdę.

— Dlaczego mi nie powiedział?

— Bo sam nie rozumiał zasad. Wiedział tylko, że trzeba pisać. Że trzeba liczyć. Że trzeba pilnować, kiedy pod dachem robi się osiem osób.

Marek wstał gwałtownie.

— W zeszłym roku też byłem zarządcą. Też miałem dziennik. Bywały śnieżyce. Bywali goście.

— Ale mnie nie było.

Te trzy słowa zawisły między nimi ciężej niż huk wiatru.

Renata mówiła dalej, wolniej:

— Przez lata nie wracało wszystko naraz. Czasem byłam ja, ale w schronisku nocowały dwie albo trzy osoby. Czasem było wielu gości, ale pogoda nie zamykała drogi. Czasem była śnieżyca, zarządca i dziennik, ale mnie nie było. Brakowało jednego elementu. Dom spał. Czekał.

— Na co?

— Na poprawny rachunek.

Marek spojrzał na listę gości. Siedmioro. Razem z nim osiem. Renata była tutaj. Droga zniknęła pod śniegiem. Dziennik leżał otwarty.

— Nie jestem żadnym strażnikiem — powiedział.

Renata pokręciła głową.

— Jeszcze nie.

— Co to znaczy?

— Strażnikiem nie zostaje ten, kto ma umowę o pracę. Ani ten, kto przypadkiem przeżyje. Strażnikiem zostaje ten, kto po wszystkim może odejść, ale wraca do środka i zapisuje ostatnie zdanie. Ten, kto przyjmuje klucze naprawdę, nie tylko z ręki poprzednika.

Marek zaśmiał się krótko, bez radości.

— Czyli według pani dom mnie wybiera?

— Nie. Dom tylko stawia przed panem drzwi. Pan sam zdecyduje, po której stronie zostanie.

— A pani? Dlaczego pani nie została wtedy strażnikiem?

Renata spojrzała w ciemne okno.

— Bo uciekłam. Nie miałam kluczy. Nie miałam dziennika. Nie prowadziłam domu. Byłam tylko świadkiem. A świadek może żyć długo, panie Sobiński. Ale nie znaczy to, że jest wolny.

VI. Hanna

Czwartego dnia Hanna Wrońska zamknęła się w pokoju.

Nie zeszła na śniadanie. Nie odpowiedziała na pukanie. Marek stał pod jej drzwiami z zapasowym kluczem w dłoni i przez kilka minut próbował wmówić sobie, że ma obowiązek uszanować prywatność gości. Tyle że w schronisku z dwoma ciałami prywatność przestawała znaczyć cokolwiek.

Otworzył.

Hanna siedziała na łóżku w płaszczu. Była blada, ale przytomna. Na kolanach trzymała kartkę papieru. Okno za jej plecami było zaparowane, chociaż w pokoju było zimno.

— Niech pan tego nie czyta — powiedziała.

— W takim razie po co pani to trzyma?

Przez chwilę myślał, że każe mu wyjść. Zamiast tego podała kartkę. Pismo było drobne, równe, lekarskie.

„Nie zrobiłam wszystkiego, o co mnie oskarżył. Ale zrobiłam dość, żeby nie móc nazwać się niewinną. Widziałam, że pacjent przywiązuje się do mnie za mocno. Widziałam, że przekraczam granice. Nie zatrzymałam tego, bo dzięki temu czułam się potrzebna. Potem zaczęłam bać się nie o niego, tylko o siebie”.

Marek przeczytał raz. Potem drugi.

— To był pani pacjent?

Hanna skinęła głową.

— Umarł?

— Nie przeze mnie.

Powiedziała to za szybko. Marek nie dopytał.

Wieczorem Hanna zeszła do jadalni. Usiadła z nimi przy stole. Przez chwilę obracała łyżkę w palcach, a potem powiedziała:

— Skrzywdziłam człowieka, który mi ufał. Nie wiem, czy można coś takiego naprawić. Pewnie nie. Ale nie chcę już udawać, że nic się nie stało.

Tomek nie żył, więc nie mógł przerwać niezręcznym żartem. Agata patrzyła w blat. Jakub w okno. Zofia dotykała złotego łańcuszka na szyi. Renata zamknęła oczy.

Tej nocy Hanna umarła.

Marek znalazł ją rano. Leżała pod kołdrą, ubrana, z dłońmi splecionymi na piersi. Okno było szeroko otwarte, chociaż poprzedniego wieczoru sprawdzał wszystkie zamki. W pokoju stał mróz. Na parapecie leżała ta sama kartka.

Na dole ktoś dopisał:

„Prawda nie cofa winy”.

Marek nie powiedział tego głośno, ale policzył.

Trzy ciała.

VII. Małżeństwo

Piątego dnia Jakub powiedział prawdę.

Przyszedł do Marka rano, kiedy pozostali siedzieli w jadalni. Miał czerwone oczy, spierzchnięte usta i dłonie, które nie mogły znaleźć sobie miejsca.

— Zofia nie jest moją siostrą — powiedział.

— Wiem.

Jakub spojrzał na niego ostro.

— Skąd?

— Nie patrzy się tak na siostrę.

Usiadł ciężko.

— Jest moją żoną.

Marek nie odpowiedział.

Jakub mówił długo. O małżeństwie, które zaczęło się od zachwytu, a skończyło na strachu. O pieniądzach Zofii. O swojej firmie, która tonęła, zanim jeszcze zdążył przyznać, że nie umie jej uratować. O długach. O ubezpieczeniu na życie, które Zofia wykupiła rok wcześniej. Bardzo wysokim.

— Myślałem, że chce mnie zabić — powiedział.

— Dlatego przywiozłeś ją pan tutaj?

— Chciałem, żebyśmy porozmawiali. Bez prawników. Bez jej rodziny. Bez świadków.

Marek spojrzał na niego długo. Jakub spuścił głowę.

— Wiem, jak to brzmi.

— Jak?

— Jakbym to ja szukał miejsca bez świadków.

Zofia zniknęła tej samej nocy.

Rano jej pokój był pusty. Łóżko nieruszone. Walizka stała pod ścianą. Płaszcz wisiał na krześle. Buty były ustawione równo przy łóżku. Okno zamknięte od środka.

Na korytarzu znaleźli ślady bosych stóp. Prowadziły od jej pokoju do starej spiżarni na końcu piętra. Tam urywały się pośrodku desek. Nie było włazu, szczeliny, ukrytych drzwi. Tylko ściana. Ciemniejsza niż reszta. Starsza.

Jakub dotykał jej dłonią.

— Ona tu jest.

— Nie ma jej — powiedział Marek.

— Jest.

Agata odwróciła się i odeszła bez słowa. Renata stała za nimi. Nie wyglądała na zdziwioną.

— Stara część domu — powiedziała cicho.

Marek odwrócił się do niej.

— Co?

— Pod schroniskiem nie wszystko zostało rozebrane. Niektórych miejsc nie da się tak po prostu przykryć nowymi deskami.

Marek chciał rozbić ścianę od razu. Ale generator zaczął gasnąć, w piwnicy pękła jedna z rur, a przez następne godziny wszyscy biegali z wiadrami, kocami i latarkami, próbując ratować ogrzewanie. Kiedy wrócili pod spiżarnię, śladów bosych stóp już nie było. Jakby drewno je wchłonęło.

VIII. Agata

Szóstego dnia Agata powiedziała prawdę.

Siedziała przy kuchennym stole i kruszyła chleb na coraz mniejsze kawałki. Za oknem wciąż padał śnieg, ale wiatr słabł. To było prawie gorsze. Jakby coś zbliżało się nie dlatego, że szaleje, lecz dlatego, że już nie musi się spieszyć.

— Wiedziałam o kredycie — powiedziała.

Marek odłożył kubek. Jakub stał przy oknie. Renata siedziała pod piecem. Nikt się nie odezwał.

— Tomek myślał, że mnie oszukał. Że nie wiem o firmie, o pieniądzach, o tym, że wszystko przepadło. Ale wiedziałam. Prawie od początku.

— Dlaczego z nim pani przyjechała? — spytał Marek.

Agata uśmiechnęła się blado.

— Chciałam, żeby przez kilka dni nie miał dokąd uciec. Żeby patrzył na mnie i wiedział, że wiem. Żeby czuł to, co ja czułam, kiedy znalazłam dokumenty. Strach. Wstyd. Bezradność.

— To nie znaczy, że go pani zabiła.

— Nie.

Agata popatrzyła w stronę schodów.

— Ale czasem można kogoś zabijać bardzo długo i nigdy go nie dotknąć.

Tej nocy Marek nie spał. Siedział w kuchni z siekierą opartą o ścianę. Nie wierzył, że kawałek metalu ochroni go przed czymkolwiek, co chodziło po tym schronisku, ale człowiek woli trzymać w dłoni coś ciężkiego, kiedy rozsądek przestaje wystarczać.

Kroki pojawiły się po drugiej. Najpierw na piętrze. Potem przy schodach. Potem za drzwiami kuchni.

Marek nie otworzył.

Nad ranem wszystko ucichło.

Agata siedziała przy oknie w jadalni. Nie spała. Patrzyła na niebo, które po raz pierwszy od kilku dni robiło się jaśniejsze. Śnieg przestawał padać.

— Ładnie — powiedziała.

Marek poszedł po herbatę. Kiedy wrócił, Agata nie żyła.

Siedziała na tym samym krześle, z dłońmi ułożonymi spokojnie na kolanach. Nie było krwi, śladów walki, przewróconego kubka. Wyglądała tak, jakby coś w niej po prostu zgasło.

Cztery ciała.

Pięć, jeśli liczyć Zofię.

A Marek liczył. Choć wciąż nie miał jej ciała, liczył.

IX. Siódme ciało

Odwilż przyszła siódmego dnia.

Nie nagle. Nie jak wybawienie. Najpierw z dachu zaczęło kapać. Potem śnieg za oknami osiadł niżej, jakby ktoś przycisnął go wielką dłonią. W świetle poranka widać było już zarys ścieżki do doliny, jeszcze martwej, jeszcze nieprzejezdnej, ale istniejącej. Po sześciu dniach bieli sam widok ciemniejszych plam ziemi wydawał się czymś niestosownym. Jakby świat na zewnątrz próbował wrócić do normalności zbyt wcześnie.

W schronisku normalność skończyła się dużo wcześniej.

Jakub stał pod ścianą starej spiżarni. Nie spał całą noc. Trzymał w dłoni nóż kuchenny, choć chyba sam nie wiedział, po co go wziął. Patrzył na ciemniejsze deski, na miejsce, w którym poprzedniego dnia urwały się ślady bosych stóp Zofii.

— Ona tam jest — powiedział.

Marek był zbyt zmęczony, żeby odpowiadać łagodnie.

— Jakub, ona nie mogła wejść w ścianę.

— To proszę mi powiedzieć, gdzie poszła.

Nie umiał.

Wtedy rozległ się dźwięk.

Cichy.

Suchy.

Nie był to krzyk. Nie było w nim nic ludzkiego, a jednak Jakub od razu drgnął, jakby usłyszał własne imię. Coś drapało po drugiej stronie desek. Albo ocierało się o nie. Albo po prostu drewno, które przez kilka dni piło wilgoć i mróz, zaczęło pracować pod naporem odwilży.

Marek chciał w to uwierzyć. Naprawdę chciał.

Jakub rzucił się do ściany.

— Zofia!

— Stój!

Nie posłuchał. Zaczął szarpać deski gołymi rękami. Drewno było stare, miejscami miękkie od wilgoci. Pod paznokciami Jakuba od razu pojawiła się krew. Marek pobiegł po siekierę i łom. Renata stała w korytarzu, blada, z dłońmi zaciśniętymi na poręczy.

— Nie pozwól mu wejść do środka — powiedziała cicho.

Marek spojrzał na nią.

— Co tam jest?

— To, czego nie rozebrali.

Pierwsza deska puściła z długim, jęczącym trzaskiem. Potem druga. Nie wróciły na miejsce. Nie zamknęły się same. Po prostu odpadły ciężko na podłogę, odsłaniając wąską przestrzeń za ścianą.

Marek poczuł zapach stęchlizny, starego dymu i czegoś jeszcze. Czegoś słodkawego, ciężkiego, nie do pomylenia z niczym innym.

Za ścianą nie było pustki. Była resztka dawnego domu. Wąski korytarzyk techniczny albo schowek, który kiedyś musiał prowadzić do starej komory. Po remoncie zakryto go nowymi deskami i udawano, że nigdy nie istniał. Belki były czarne, jakby pamiętały pożar albo dym sprzed wielu lat. Podłoga zapadła się miejscami, a z sufitu zwisały poszarpane fragmenty izolacji i starego płótna.

Zofia siedziała w środku.

Bosa. Skulona. Z głową opartą o kolana. Jej skóra miała siny, martwy odcień. Złoty łańcuszek trzymała w zaciśniętej dłoni tak mocno, że kostki palców wyglądały jak małe kamienie.

Nie żyła.

Nie od kilku minut. Nie od godziny.

Marek wiedział to od razu.

Jakub też musiał wiedzieć, ale nie przyjął tego do siebie. Zrobił krok naprzód.

— Zosiu…

— Nie wchodź tam — powiedział Marek.

Jakub nawet na niego nie spojrzał. Wcisnął się do środka, bokiem, między połamane deski a belkę. Chciał dotknąć Zofii, może ją wyciągnąć, może przeprosić, może zrobić cokolwiek, co byłoby jeszcze ruchem człowieka żywego wobec człowieka martwego.

Podłoga pod nim jęknęła.

Marek rzucił się do przodu, ale było za późno.

Stare deski, nasiąknięte wodą i podgryzione przez czas, pękły pod ciężarem Jakuba. Nie zapadł się głęboko — metr, może półtora — ale wystarczyło. Jedna z czarnych belek osunęła się z góry, uderzyła go w bark i przygniotła do krawędzi zapadniętej podłogi. Krzyk Jakuba urwał się w połowie, zmieniony w krótki, zduszony jęk.

Marek wskoczył za nim niemal od razu. Przez kilka minut wszystko było tylko chaosem: trzask drewna, pył w gardle, krew na dłoniach, ciężki oddech Jakuba, Renata powtarzająca z korytarza jego imię. Marek próbował podważyć belkę łomem, potem siekierą, potem ramieniem. Belka ani drgnęła. Była zaklinowana między ścianą a resztą starej konstrukcji. Każde mocniejsze szarpnięcie powodowało, że z góry sypał się tynk i czarne drzazgi.

Jakub patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.

— Niech pan ją wyciągnie — wyszeptał.

— Najpierw ciebie.

— Nie. Ją.

Marek naparł na belkę raz jeszcze. Coś w środku starego korytarzyka odpowiedziało głuchym pęknięciem. Musiał przestać, bo gdyby ruszył konstrukcję mocniej, zawaliłby wszystko na nich obu.

Jakub zrozumiał. Widać było moment, w którym to zrozumiał. Strach z jego twarzy nie zniknął, ale zmienił się. Stał się cichszy. Bardziej ludzki.

— Ja naprawdę myślałem, że ona chce mnie zabić — powiedział.

Marek klęczał obok niego, z dłońmi brudnymi od pyłu i krwi.

— Wiem.

— A ja ją tu przywiozłem.

Nie było na to dobrej odpowiedzi.

Jakub odwrócił głowę w stronę Zofii. Jej ciało siedziało kilka kroków dalej, nieruchome, z twarzą ukrytą w cieniu.

— Zosiu — powiedział jeszcze raz.

Potem zaczął kaszleć.

Marek został przy nim do końca.

To nie trwało krótko. I właśnie dlatego było gorsze.

Kiedy Jakub umarł, odwilż za oknami trwała dalej. Woda kapała z dachu równo, obojętnie, prawie pogodnie. Marek wyszedł ze starej przestrzeni dopiero po kilkunastu minutach. Miał pył we włosach, rozciętą dłoń i twarz człowieka, który nie potrafi już powiedzieć, czy bardziej boi się tego, co zobaczył, czy tego, co jeszcze zostało do policzenia.

Zofia.

Jakub.

Razem.

Sześć ciał.

Renata siedziała pod ścianą korytarza. Oddychała ciężko. Jedną ręką trzymała się za pierś, drugą zaciskała na brzegu swetra. Dopiero wtedy Marek zauważył małe metalowe pudełko, które wysunęło się z jej kieszeni. Tabletki rozsypały się po podłodze jak białe koraliki.

— Od kiedy? — spytał.

Renata zrozumiała od razu.

— Od dawna.

— Serce?

Skinęła głową.

Marek zaklął pod nosem, podniósł pudełko i podał jej tabletkę. Przyniósł wodę, potem koc. Pomógł jej zejść do jadalni, krok po kroku, bo po schodach szła tak wolno, jakby nagle przybyło jej dwadzieścia lat. Posadził ją przy kominku, choć ogień był już słaby i dymił bardziej, niż grzał.

Nie umarła od razu.

I to też było gorsze.

Przez kilka godzin siedziała w fotelu, owinięta kocem, blada i coraz cichsza. Marek przynosił jej herbatę, sprawdzał puls, dokładał drewna, choć ręce trzęsły mu się tak mocno, że kilka razy upuścił polana na podłogę. Renata oddychała nierówno. Czasem przymykała oczy na kilka minut, a potem otwierała je gwałtownie, jakby bała się, że jeśli zaśnie, obudzi się znowu tam, czterdzieści jeden lat wcześniej.

— Wtedy też był taki dźwięk — powiedziała po długiej ciszy.

Marek siedział naprzeciwko niej.

— Jaki?

— Kapanie. Po wszystkim zawsze zaczyna kapać. Człowiek myśli, że to koniec, bo śnieg puszcza. A to dopiero chwila, kiedy widać, co zostało pod spodem.

Marek nie odpowiedział.

Renata poruszyła palcami, jakby próbowała rozgrzać dłonie.

— Nie powiedziałam panu całej prawdy.

— Teraz?

— Teraz.

Jej głos był słaby, ale spokojny.

Opowiedziała mu o tamtej pierwszej śnieżycy. O starym domu, o siedmiorgu ludziach, którzy z dnia na dzień przestawali udawać. O gospodarzu, który pił i śmiał się zbyt głośno. O kobiecie, która ukryła dziecko przed własnym mężem. O chłopaku z doliny, który ukradł pieniądze i chciał uciec przed świtem. O sobie — dziewiętnastoletniej, przerażonej, gotowej zrobić wszystko, żeby przeżyć.

— Nie wyszłam ostatnia — powiedziała.

Marek spojrzał na nią uważniej.

— Co to znaczy?

Renata przełknęła ślinę.

— Były tylne drzwi. W starej komorze. Znalazłam je przypadkiem. Kiedy uciekłam, ktoś za mną poszedł. Słyszałam, jak woła. Jak wali pięściami w drewno. Mogłam odsunąć zasuwę.

Zamilkła. Marek już wiedział, ale pozwolił jej dokończyć.

— Nie odsunęłam.

W jadalni trzaskał ogień. Za oknem kapała woda. Gdzieś na piętrze stary budynek osiadał po odwilży, wzdychając cicho w belkach.

— Przez wszystkie te lata mówiłam sobie, że byłam dzieckiem — ciągnęła Renata. — Że się bałam. Że każdy by uciekł. Może to nawet prawda. Ale prawda nie robi się lżejsza tylko dlatego, że można ją wytłumaczyć.

Marek patrzył na nią długo.

— Dlatego pani wracała?

— Tak.

— I dlatego w tym roku pani została?

Renata spojrzała w stronę okna.

— W zeszłym roku mnie nie było. Pomyślałam, że może już koniec. Że może człowiek może po prostu przestać przychodzić i rachunek się przedawni. Ale potem zaczęłam śnić o tym domu. Codziennie. O drzwiach. O zasuwie. O głosie po drugiej stronie.

Oddychała coraz ciężej. Marek chciał powiedzieć, że to tylko serce, zimno, stres i wiek. Chciał ubrać jej śmierć w proste słowa, tak jak próbował ubierać w nie śmierć wszystkich pozostałych. Ale nie potrafił.

— Dlaczego akurat teraz? — spytał cicho.

Renata odpowiedziała dopiero po chwili.

— Bo tym razem wróciło wszystko. Osiem osób. Śnieg. Dziennik. Zarządca. I ja. Brakujący element. Dom nie budził się co roku, panie Sobiński. Dom czekał, aż rachunek znowu będzie pełny.

— Nie chcę być częścią żadnego rachunku.

Renata uśmiechnęła się słabo.

— Nikt nie chce.

Około zmierzchu jej oddech stał się płytszy. Marek siedział przy niej cały czas. Nie było dramatycznego gestu, żadnego nagłego urwania zdania, żadnej teatralnej ciszy. Było tylko stare ciało, które przez wiele lat niosło strach, winę i zimę, aż w końcu nie miało już siły nieść ich dalej.

Przed samym końcem Renata otworzyła oczy.

— Proszę pisać — wyszeptała.

Marek pochylił się bliżej.

— Co?

— Prawdę. Ale tak, żeby nikt panu nie uwierzył.

Potem zasnęła.

Przez chwilę Marek myślał, że naprawdę tylko zasnęła. Siedział bez ruchu, słuchając jej oddechu, ale oddech już nie wrócił.

Nie umarła jak świeca zdmuchnięta jednym podmuchem. Raczej jak ogień, który gasł od dawna, a teraz po prostu nie znalazł już niczego, czego mógłby się trzymać.

Siedem ciał.

Za oknem śnieg topniał cicho, jakby nigdy nie był niczemu winien.

X. Dziennik

Ratownicy dotarli dziewiątego dnia.

Znaleźli Marka Sobińskiego przy biurku. Był żywy, przytomny, wychudzony i spokojny. Zbyt spokojny, jak później zapisano w raporcie. Przed nim leżał dziennik schroniska, otwarty na ostatnich stronach. Pismo było równe. Miejscami aż przesadnie staranne.

Znaleziono siedem ciał.

Patryka Dębowskiego w pokoju na piętrze.

Tomka Kruszyńskiego przy schodach.

Hannę Wrońską w łóżku, pod zamarzniętą kołdrą.

Agatę Kruszyńską przy oknie w jadalni.

Zofię Radziwiłł w starej przestrzeni za spiżarnią.

Jakuba Radziwiłła przygniecionego belką obok niej.

Renatę Górską w fotelu przy kominku.

Lekarz mówił o hipotermii, zatrzymaniu krążenia, urazie kręgosłupa, panice i skrajnym wyczerpaniu. Ratownicy robili notatki. Policjant, który przyleciał śmigłowcem dzień później, pytał o kolejność zdarzeń, o zabezpieczenie drzwi, o dostęp do narzędzi, o relacje między gośćmi.

Marek odpowiadał spokojnie.

Nie mówił o krokach. Nie mówił o zaparowanych szybach. Nie mówił o napisie. Nie mówił też o tym, że ciało Renaty wyglądało inaczej, kiedy wynosili je w czarnym worku. Starzej. Kruszej. Jakby nie umarła poprzedniego wieczoru, tylko siedziała w tym fotelu od czterdziestu jeden lat.

Młody ratownik zatrzymał się przy biurku, kiedy pozostali wynosili ostatnie rzeczy.

— Pan cały czas pisał?

Marek spojrzał na dziennik.

— Taki mam zwyczaj.

— Pomaga?

— Nie.

Ratownik przełknął ślinę.

— To po co?

Marek przez chwilę patrzył na niego tak, jakby naprawdę chciał odpowiedzieć.

Potem powiedział:

— Żeby był porządek.

Kiedy wszyscy odjechali, schronisko zostało puste.

Marek miał zejść z ratownikami. Tak ustalono. Miał złożyć pełne zeznania, zamknąć budynek, wrócić dopiero z komisją. Stał nawet przed wejściem, z plecakiem na ramieniu, patrząc na ścieżkę prowadzącą w dół.

Droga była otwarta. Nikt go nie zatrzymywał.

Zrobił jeden krok.

Potem drugi.

Na trzecim odwrócił się i spojrzał na schronisko.

W oknie jadalni zebrała się para. Nie było w środku ognia. Nie było ludzi. Nie było ciepła.

Na szybie pojawiła się pierwsza litera.

Potem druga.

Potem następna.

PISZ

Marek stał jeszcze chwilę na topniejącym śniegu.

Potem wrócił do środka. Zdjął plecak. Powiesił kurtkę na haku przy drzwiach. Usiadł przy biurku, otworzył dziennik na nowej stronie i zapisał datę.

Godzinę.

Stan pogody.

„Odwilż. Widoczność dobra. Droga do doliny częściowo przejezdna”.

Długopis zatrzymał się nad papierem. Marek słuchał ciszy. Była inna niż wcześniej. Głębsza. Bardziej cierpliwa. Jakby schronisko nie było już puste, tylko zadowolone.

Na dole strony dopisał:

„Do następnej zimy zostało dziewięć miesięcy”.

Zamknął dziennik.

Za oknem z dachu kapała woda.

Kap.

Kap.

Kap.

Jak odliczanie.

Jeśli spodobało Ci się to opowiadanie grozy, zajrzyj też do innych historii, w których zamknięte miejsca, dawne winy i niewypowiedziane tajemnice wracają wtedy, gdy człowiek najbardziej chce o nich zapomnieć.

Poprzedni artykuł

Dodaj komentarz